Czy youtuberki powinny tworzyć palety? Wibo x Zmalowana – moja opinia

Wibo w ostatnim czasie zyskało sporą popularność. Ich produkty z typowo drogeryjnych stały się bardziej instagramowe. Widać, że marka zaczęła celować w trochę wyższą półkę. Dzięki stworzono dwie paletki we współpracy z naszymi polskimi youtuberkami – Zmalowaną oraz Vivą – a – Vivą. Oglądałam obie ale ze względu na wnętrze bardziej uśmiechała się do mnie ta od Marty. Osobiście dawno nie kupowałam nowości, nawał rzeczy pozamakijażowych sprawił, że nie było na to ani czasu ani funduszy. Jednak, jako marzenie kapitalistów, nie mogłam przejść obojętnie koło pięknego różowego opakowania. Moje pierwsze podejście do jej zakupu zeszło na niczym bo cudowna pani na kasie w Rossmanie obwieściła mi, że kosztuje prawie 50 zł. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko tej cenie, ale osobiście za drogeryjną paletę bym tyle nie dała. To śmieszny paradoks bo palety znanych marek kosztują conajmniej dwa razy więcej. Drugie podejście zakończyło się sukcesem – przekonała mnie nalepka „w klubie rossman za 20 coś złotych”. Ta cena bardziej mi się uśmiecha. Zdaję sobie sprawę, iż produkty które powstały w kolaboracji z influencerami są droższe ale cóż – ja będę sobą.

Aspekt wizualny

To jest jedna z rzeczy która mnie w tej palecie najbardziej cieszy. Kwadratowe, poręczne opakowanie jakoś otwiera moje serduszko. Do tego pastelowo różowy kolor i srebrny druk na wieczku sprawiają, że jest niewyobrażalnie urocza. Jestem dumna z wibo bo paleta w ręku nie wydaje się „tania”. Plastik nie jest najgorszy, paletka trochę waży, wydaje się być solidna. Dodatkowo cienie chyba można wyjąć ale nie dam sobie ręki uciąć. W środku znajduje się ogromne (jak na taką paletkę) lusterko, którego wykonanie też należy pochwalić. Nie jest to jakaś tania folia nalepiona na wieczko tylko normalne, z krwi i kości, lustro (przynamniej za taką cenę). Ogółem – 10/10

Kolory

To co mnie przekonało do paletki Zmalowanej zamiast Vivy to gama kolorów. Szalone, festiwalowe, trochę pride kolory to coś czego jeszcze w swojej kolekcji nie miałam. A raczej czegoś złożonego tylko z nich. Brązy i beże już mi nosem wychodzą. W dodatku nie umiałam przejść obojętnie koło tego zielonego! Tak naprawdę, na całość zdecydowałam się właśnie przez ten zielony mat. Przy typach cieni będąc – w pudełku znajdują się trzy maty, trzy brokaty oraz jeden rozświetlacz. Całość pięknie ze sobą współgra, zwłaszcza, że nie tak dawno dopiero zakończył się czerwiec. To taka mini tęcza w opakowaniu. Dodanie do tego rozświetlacza było dobrą decyzją choć jakimś różowym bym nie pogardziła. Całość możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.

Pigmentacja

Robiąc swatche byłam zachwycona. Cienie pięknie zakrywały tatuaże, do tego stopnia, że ciężko było zobaczyć czarne linie. Na oku sytuacja wygląda podobnie. Absolutnie nie trzeba używać dużo produktu, piękne krycie uzyskamy już za pierwszym razem. Jeśli jednak coś będzie nie do końca tak jak chcemy, nie ma problemu z budowaniem ich. Najlepszą pigmentacją definitywnie odznaczają się oba połyskujące niebieskie, powiedziałabym nawet, że dochodzą do wyższej półki niż drogeryjna. Pozostałe 4 nie wypadają źle, ale nie są też aż tak dobre. Maty między sobą blednują się pięknie, tworzą cudowny kolor pośredni i łatwo można je rozetrzeć do dosłownej chmurki. Identycznie dzieje się z cieniami opalizującymi. Schody zaczynają się kiedy chcemy je połączyć. Do tego zadania trzeba mieć sporo cierpliwości i wprawy. Najlepiej będzie łączyć je w makijażu typu cut crease.  Jeśli chcemy by cienie foliowe (bo w mojej skromnej opinii są one całkiem dobrymi foliami) odcinały się wyraźną linią efekt ten, w dodatku piękny, uzyskamy bez najmniejszego problemu. Napomknę też, że cienie błyszczące są bardzo mięciutkie a fallout w trakcie wykonywania makijazu jest znikomy.

Warto tez powiedziec kilka slow o rozswietlaczu. Nie wiem czy miał on być większym cieniem ze względu na podejrzewane duże zużycie, czy planowano go określić jako rozswietlacz, ale wiem ze w tej roli sprawdza się idealnie. Na skórze  tworzy piękną, równą taflę, idealnie i naturalnie odbija światło a drobinki brokatu nie są widoczne. Dodatkowo można go bez problemu budować i cudnie wtapia się nałożony na wilgotny podkład.  Dodam, że nie znika w ciągu dnia a sam produkt jest dość miękki i z łatwością nakłada się i pędzlem i gąbką i delikatnie opuszkiem.

Makijaż wykonany ową paletką możecie zobaczyć niżej. Powiem tylko, że projekt nie jest mój. Został wykonany w oparciu o film Marty Wojnarowskiej. Muszę się przyznać, że miałam do niego dwa podejścia. Przy pierwszym napotkałam identyczny problem co ona – gdy cienie błyszczące nałożyłam pierwsze, maty w załamaniu wyglądały okropnie. Postanowiłam więc odwrócić kolejność i zacząć od matów. W tą stronę cała praca była szybka, bezproblemowa i kolory ślicznie się łączyły. (ofc makijaż wykonany na potrzeby testów więc zapomniałam zrobić brwi. Sorcia)

Podsumowując – jestem zadowolona z tej paletki. Pod każdym względem, opakowania, pigmentacji i tego co można z nią stworzyć. Ciesze się, że do drogerii wchodzą coraz bardziej odważne rzeczy i z ręką na sercu uważam, że tak powinno być. Dzięki temu wszystkie typy kosmetyków stają się coraz bardziej dostępne dla większej grupy odbiorców a tak powinno być w makijażu – chodzi o wyrażanie siebie, nie o zasobność portfela. Jestem dumna z Wibo i odzyskałam sporo wiary. Gorąco polecam.

Dodaj komentarz