URBAN DECAY NAKED 3 VS NAKED HEAT

W poście o moich abolutnie ulubionych kosmetykach z zeszłego roku (możecie przeczytać tu -> *KLIK*) obiecałam Wam dokładniejszy opis paletki Urban Decay Naked Heat która, wnosząc po komentarzach, mocno Was zainteresowała. Wpadłam jednak na nieco inny pomysł i postanowiłam ten post zmodyfikować. Uznałam, że ciekawiej będzie jeśli w jednym poście zawrę i recenzję tej palety i porównam ją z inną niezwykle ważną i zaprzątającą głowę niejednej wielbicielce makijażu. Nie tylko ten post może zachęcić którąś z Was do zakupu którejś ale może też upewnić w tej decyzji, rozwiać wątpliwości co do opłacalności zakupu i pomóc w decyzji którą z nich wybrać. Ze względu na to, że Naked3 ma już swoje lata a Naked Heat jest jednak nowością po,myślałam, że ciekawym pomysłem byłoby porównać obie te pozycje i zobaczyć co Urban Decay zmieniło w na przestrzeni czasu.

URBAN DECAY ma na swojej liście kilka produktów kultowych. Najważniejszym jest bezsprzecznie paleta Naked3 która dla wielu jest wręcz podstawowym obiektem. Gdy ktoś pyta od czego zacząć budować swoją kosmetyczną kolekcję albo co kupić do wykonywania dziennego makijażu zawsze poleca mu się właśnie tą paletę. Nic dziwnego, pod wieloma względami jest to naprawdę świetny kosmetyk który wpłynął na postrzeganie makijażu i jakość produktów na rynku. Kilka miesięcy temu UD wypuściło kolejną paletkę cieni która może nawet szybciej wywołała szum i dostała miano wręcz „kultowej”. Ma ją już ogromna ilość osób, ogromna ilość osób pokazuje ją na Instagramie i w zatrważającym tępie, już chwilę po promocji, YouTube był zasypany recenzjami.

Wiem, że między 3 a Heat była też paletka Naked Smoky jednak nie zasłynęła ona tak bardzo jak dwie wyżej wymienione więc chcę ją pominąć w tym porównaniu, mimo tego, że z wyglądu jest ona podobna do Naked Heat.

Zacznijmy może od opakowania bo to pierwsze co rzuca nam się w oczy i mimo swojego względnego minimalizmu na który stawia Urban Decay, opakowania przyciągają wzrok. Są kreatywne ale na pewno nic pstrokatego i cukierkowego jak w wypadku Too Faced. Mimo tego produkty od UD to jedna z pierwszych rzeczy które zauważamy gdy wchodzimy do stacjonarnego sklepu. Well done, UD, macie dobrych speców od marketingu.

Cienie Naked 3 są zamknięte w metalowym pudełku zamykającym się na plastikowe zatrzaski. Oczywiście jak we wszystkich wcześniejszych paletkach z tej serii mamy też spore lusterko. Metalowa pokrywa jest lekko pofalowana, z wypukłą nazwą w złotym kolorze, to samo, tym razem w plastiku, znajdziemy na grzbiecie.

Jak wygląda opakowanie Naked Heat? Kompletnie inaczej! Przede wszystkim zniknął metal i zatrzaski. Opakowanie nowszej paletki jest plastikowe, zmykane na mocny magnes. Nazwa nie jest tym razem wypukła ani wytłoczona a „zatopiona” w wieczku.  Nie da się nie zauważyć, że opakowanie Heat jest o wiele grubsze i cięższe no i według mnie – mniej się brudzi. To co pozostało to lusterko – duże, szerokie, na długość wszystkich cieni lusterko w którym bez problemu będziemy widzieć oczy i brwi.

W środku obu paletek znajdziemy dwustronne pędzelki – to się nie zmieniło. Zmienił się natomiast typ końcówek. W Naked3 po jednej stronie była końcówka do blendowania a po drugiej do aplikacji, najlepiej cieni brokatowych. W Naked Heat końcówek do blendowania jest dwie! Jedna malutka, idealna do załamania a druga większa jednak wciąż mniejsza od tej w sławnej trójeczce. Wiem, że wiele osób te pędzle wyrzuca od razu po zakupie gdyż panuje stereotyp o ich niskiej jakości ale ja je sobie bardzo chwalę. Nie gubią włosia, są miękkie, łatwo się czyszczą i miło się nimi pracuje. W kwestii jakości niewiele się zmieniło – oba pędzelki są tak samo dobrze wykonano, jedynie na nowszym zniknął napis z nazwą.

Cienie to serce i dusza paletki. Ich dobór jest kluczowy, nie może niczego zabraknąć ale i nie może być za dużo. Mimo wszystko nawet najlepiej skomponowaną paletę można zepsuć kiepską jakością. Opakowanie to jedno ale jeśli faktyczny kosmetyk nie sprawdza się tak jak powinien… no, mamy problem a to właśnie dla cieni (przeważnie) i ich wartości użytkowej kupujemy paletki. Ze względu na to, że jest to najważniejszy punkt tego postu i na to pewnie czekaliście najbardziej to pozwolę sobie na odrobinę zabawy i nieco bardziej rozdzielę te dwa maleństwa.

 

URBAN DECAY NAKED3

Paletka jest utrzymana raczej w chłodnej tonacji. Kolory zaczynają się od bardzo delikatnego różu a kończą się na kolorze ciemno brązowym z mocno widocznymi fioletowymi drobinkami. Pierwsze co przychodzi mi na myśl gdy widzę tą gamę to fakt, że można bez większego udziwniania stworzyć trzy zupełnie inne makijaże i nawet nie użyć dwa razy tego samego cienia. Poza jednym, złotym brokatem wszystkie cienie są względnie chłodne a na pewno chłodniejsze od cienia Trick który mocno rzuca się w oczy i to wokół niego buduje się reszta. Cienie są przyjemne, nie sypią się, nie włażą w załamania i nie zbierają się w nich ani nie „wyparowują”. Mimo wszystko nie są to cienie które od tak, same z siebie będą krzyczały wam z oka „JA TU JESTEM!”. Są subtelne, delikatne i można je fajnie wypracować choć nie trzeba. Do tego bez problemu łączą się z innymi, nawet nie marki UD.  Bez problemu możecie zobaczyć który cień lubię najbardziej o tak – jest to Limit. Ma przyjemną formułę, łatwo się blenduje i jest świetną bazą pod prawie każdy inny makijaż. Będę z Wami szczera, bo taka jestem na tej stronie, nie wszystkie cienie są takie jakbym chciała ale wiem, że mogłam trafić na wadliwy egzemplarz. Porównywałam moją paletkę z innymi i okazało się, że cień „Trick” który u mnie jest jakby za mocno sprasowany w innych daje prześliczny efekt. Tak samo „Dust” ma trochę zbyt dużo wspólnego ze swoją nazwą i bardzo się sypie a wydobyć z niego jakąkolwiek pigmentację jest praktycznie niemożliwe jakby było w nim za dużo np talku. Mimo tego w innych paletkach jest on cudowny z jeszcze lepszym wykończeniem. Zawsze trafi się jakiś gorszy egzemplarz w partii – widać dostałam go ja.

URBAN DECAY NAKED HEAT

Naked HEAT jest to natomiast paleta utrzymana w bardzo ciepłej tonacji, kolory są bezsprzecznie inspirowane ogniem. Mamy tu bowiem brązy, pomarańcze, czerwienie oraz fiolety. Tak samo jak w 3 bez problemu widzę tu kilka prostych i niezbyt zagmatwanych makijaży które mimo wszystko będą wyglądać bardzo efektownie. Heat zawiera więcej cieni DuoChrome, w ogóle je zawiera jeśli już przy tym jesteśmy. Jeśli chodzi o proporcje to nowość od Urban Decay zawiera tylko 4 nie maty (ale za to jakie!). Cienie oszałamiają pigmentacją co znaczy, że w określonych wypadkach można zrobić sobie krzywdę i skończyć z plamami zamiast ślicznego blendowania które nie jest wcale tak ciężko z nich wydobyć. Kolejną rzeczą jest to, że cienie przepięknie łączą się z tymi od innych marek, nawet z niższej półki cenowej. Zero problemów z blendowaniem, zero brzydkich, odznaczających się linii, zero ścierania się. Cienie pracują dobrze z każdą bazą, nie wchodzą w załamania, nie znikają ani nie ścierają się, mają piękne, mocne wykończenie, nie jest to raczej produkt dla osób które lubią delikatny look choć i tak da się uzyskać. Coś co muszę podkreślić to wspaniała, miękka, wręcz maślana formuła dzięki której cienie ani trochę się nie sypia i łatwo się rozprowadzają a paletka jest czysta bo wokół nie ma wszędzie pyłu. Ja osobiście mam obsesję na punkcie idealnej, mięciutkiej formuły bo według mnie widać różnicę na oku i łatwo można powiedzieć czy cień był bardziej jak kamień czy jak chmurka. Problemów z paletką nie miałam żadnych, wszystkie cienie sprawują się idealnie, nie mam do czego się tu przyczepić a jeśli już to do tego, że ta pozycja absolutnie przerosła moje oczekiwania i nie umiem wyrazić jak bardzo cieszę się, że się na nią zdecydowałam.

MOJA OPINIA

Mimo, że bardzo lubię i szanuję paletkę Naked3, mam do niej ogromny sentyment i uznanie ze względu na to jak kultowa pozycja to jest i wszystkie dobre emocje które mnie z nią łączą musze powiedzieć, że skłaniam się bardziej w stronę Naked HEAT. Urban Decay na przestrzeni czasu wiele zmieniło, oczywiście na dobre i to ogromny plus dla nich, że mimo tego jak wysoko stoją to wciąż podnoszą poprzeczkę. To jak mocno ulepszyli jakość cieni, opakowania, oprawę graficzną, nazwy jest dla mnie niepojęte. Przy cieniach HEAT cienie z 3 wychodzą na bardzo twarde i „kamieniste”. Naked HEAT jest w moim odczuciu paletą znacznie bardziej wielowymiarową, bezsprzecznie dla osób które mają juz umiejętności i takich które nie boją się pokazać. Nie znaczy to, że nie polecę nikomu 3, zostanę jednak przy zdaniu, iż jest to pozycja raczej dla osób zaczynających przygodę z makijażem lub takich które wolą postawić na coś delikatniejszego. Jeśli chodzi o pudełka w tym przypadku znów wybiorę ciepłą wersję, może i jest grubsza i cięższa jednak magnetyczne wieczko znacznie ułatwia życie. Jest jedna kwestia w której skłonię się w stronę Naked3 – social media. Jest to bowiem paleta znacznie bardziej przyjazna zdjęciom, feedowi i bardziej „pokazowa”. Niestety zdjęcia z Naked HEAT bardzo ciężko jest obrobić i dobrać wszystkie ustawienia tak by ładnie ona wyglądała.

Którą paletę Wy wolicie? Która podoba Wam się bardziej? Podzielcie się w komentarzu!

2 Replies to “URBAN DECAY NAKED 3 VS NAKED HEAT”

  1. Uwielbiam takie wpisy, chyba dlatego, że kocham czytać o kosmetykach. Jeśli chodzi o te palety nie posiadam żadnej z nich. Kiedyś chciałam kupic N3 ale naczytałam się niepochlebnych opinii. Kolorystyka obydwu mi się podoba jednak ostatecznie nie skusiłabym się chyba na żadną, mam dużo palet o podobnych odcieniach 🙂

  2. Bardzo podobają mi się obie te palety, jednak żadnej z nich nie posiadam 🙂

Dodaj komentarz